Na temat: cholera w Lubaczowie 1915 rok

Historie, opisujące różne ważne wydarzania w regionie, pokazują nam bardziej złożony obraz rzeczywistości zwykłych ludzi. Ponieważ, tutaj interesują nas głównie krzyże, to patrząc na różne historie, zobaczymy efekt końcowy, gdzie społeczność postanowiła upamiętnić takie wydarzenie pomnikiem, w formie krzyża. Tutaj, poznamy element rzeczywistości rozpanoszenia się cholery w 1915 roku.

Zaledwie ustąpili Moskale, przyszła nowa plaga na parafię, nastała straszna cholera. Pierwszy wypadek był zdaje mi się 19/ 6 915 w Opace. Wezwano mię do chorego – jadę i zastaję niejakiego Kucharskiego. Człek stary, leży pod płotem, bo dom spłoną, cały siny. Spowiadam go, komunikuję, namaszczam olejami, nie przypuszczając z jak straszną chorobą mam do czynienia. Pytam dzieci, co jest ojcu? Mówią mi, że ojciec się…?, że wszystko się spaliło i z tego się rozchorowali. Skonał chłop w kilka minut, a na drugi dzień dowiedziałem się od Dra Konery, że to cholera.
Epidemia się wzmogła. Dzień w dzień były ofiary. Po kilka razy na dzień wzywano nas do chorych. Na ulicach nikogo się prawie nie widziało. Wszystko, bowiem było wystraszone i siedziało w domu. Tylko słyszało się dzwonki, dające znać, że idzie Pan życia i śmierci do tych, których ciężką niemocą doświadczył. Były dnie, że 5 razy byliśmy wzywani do chorych. Tak samo ruski administrator ks. Harabacz. Padło w samym mieście do 200 osób, w tem większość Żydów. Żydzi, jako, że są zabobonni, urządzili na koszt Kahału ślub jednego idyoty na okopisku, wiedząc, że po tem epidemia ustanie. Omylili się jednak grubo, bo cholera jeszcze więcej się wzmogła. Aż dopiero urządziliśmy błagalne nabożeństwo, tak samo i Rusini. Odbyliśmy procesję błagalną na nowy cmentarz pod Młodowem. Tam przemówił ks. Proboszcz, wzywając lud do pokuty. I Bóg, jak ręką odjął – epidemia ustała. Przypominam sobie tą procesję, w której tłumy ludzi wzięły udział, a mieszczanki na znak pokuty rozpuściły włosy i niosły kolosalny krzyż dębowy na ramionach, który wkopano na nowym cmentarzu. Co za płacz był, co za lament, ale ulitował się Bóg i zesłał wkrótce radość.
Nie mogę ominąć tu następującego wypadku: Gdzieś jednego razu w nocy wezwano do chorego Sokołowskiego, szwagra Białozorskich. Poszedł ks. Proboszcz. Wyspowiadał go i pyta, czy mu się nie zbiera na wymioty? Powiada nie, a więc daje mu Komunię Św., a ten w tej chwili zaczyna wymiotować i wymiocinami obryzgał twarz Proboszcza, o czem mi rano proboszcz opowiadał. Na co zapytałem, a ks. Proboszcz, co na to? A cóżby, obmyłem się i koniec. Ot, widoczny palec Boży, który strzegł swojego sługę. I nic dziwnego, ze Bóg dobry nas ochraniał, bo któżby był tych biedaków zaopatrywał na drogę wieczności. Panika była straszna, tak, że i ruski administrator, kiedy zachorowała jego gospodyni pani Mysiakowa, uciekł do Płazowa, a myśmy zostali. Ludzi strach ogarnął. Dzieci uciekały od rodziców chorych – siostra opuszczała siostrę.
Pamiętam, raz tak było: Wieczorem było u mnie kilku panów na papierosie. Siedzimy i gawędzimy gdzie o czem. Wtem ktoś puka. Wychodzę. Wzywają do chorej na mały zawał. Wracam i mówię do swoich gości, że za chwilę będę zpowrotem. Biorę Sanctissimum i idę. Przychodzę i zastaję mieszczankę, leżącą w chlewku, bo chałupinę wynajęła Żydowi. Zaopatrzyłem ją i pytam gdzie dzieci? Odpowiada mi ktoś – syn na wojnie, a siostra uciekła. Wracam do domu, a po moich gościach i ślad zaginął. Przyznam, że przykro mi się zrobiło, że uciekli. Na drugi dzień zdybałem któregoś z nich i mówię mu to. A on mi na to, co księdzu wszystko jedno, a ja mam dzieci. Niech i tak będzie, pomyślałem sobie. Ale nie tylko ode mnie uciekali, ale tak samo i siebie opuszczali. Jednego razu zachorował potrzmistrz p. Doening, z którym mieszkał razem w sokole (?) p. sędzia Elektorowicz. Idę ja ulicą Dachnowską, spotykam p. Elektorowicza, który mi opowiada, co zaszło. Mówi, że był u lekarza, ale wyjechał gdzieś na wieś, itp. I stanął na drodze, ale do domu nie wchodzi ze strachu. Więc, co było robić, poszedłem do domu, wziąłem jakichś kropli antecholerycznych, dałem choremu zażyć. Kazałem dać mu wódki, robić nacieranie i wszystko było dobrze. Ale wtedy naocznie przekonałem się, że prawdziwej przyjaźni prawie, że nie ma na świecie.
Na cholerę padło wielu ludzi także i po wsiach, z braku odpowiedniej opieki, która zasadzała się jedynie na tem, że chorych zapędzano do jednej chałupiny, której strzegł Landsturmista. I giń tam chłopie. To też nic dziwnego, że niektórzy oknami wyskakiwali i ci byli uratowani. Kto został, ginął. Równocześnie z cholerą wybuchła czerwonka i ospa, a nawet był jeden wypadek czarnej ospy, na którą umarł jeden robotnik kolejowy, Niemiec z Baszni, którego spowiadałem w szpitalu. Na cholerę, bywały wypadki, wymarły niektóre całe rodziny. Taki wypadek był w Dolnej Baszni, gdzie wymarła cała rodzina z wyjątkiem ojca, który był na wojnie, a całe gospodarstwo zostało chwilowo bez właściciela. Z czasem Bóg przemienił to wszystko, epidemie ustały, a przyszła znowu nowa plaga moralna.

źródło: www.zydzi.lubaczow.pl