Archiwa kategorii: na temat

Kamienne Pamiątki Zniesienia Pańszczyzny

Pierwszy punkt z patentu cesarskiego z 17 IV 1848 o zniesieniu pańszczyzny w Galicji brzmi:

I. Wszystkie robocizny i inne poddańcze powinności tak gospodarzy gruntowych, jako też chałupników i komorników ustać mają z dniem 15 maja 1848 r.

Do 1848 roku na Roztoczu i w okolicach można było znaleźć tylko stare kamienne krzyże mogilne po najazdach Tatarów, oraz pojedyncze pomniki w formie krzyża, wystawiane przez gromadę, na przykład w okolicy świątyń. Zniesienie pańszczyzny w ówczesnej Galicji miało tak doniosły charakter dla chłopów, że postanowili oni upamiętnić to wydarzenie na różne sposoby. Najpopularniejszym z nich, było stawianie dużych kamiennych krzyży, które można uznać nie tylko za pomnik, ale też jako dowód końca poddaństwa i darmowej pracy na rzecz pana. Na ziemi lubaczowskiej nie zachowały się dziś dokładne przekazy na temat obchodów zniesienia pańszczyzny, jak miało to miejsce w innych regionach Galicji. Możemy tylko przypuszczać, że tutaj było podobnie. Robiono na przykład pogrzeby pańszczyzny, sprawiano wtedy trumnę, gdzie wkładano księgi powinności z dworu i zakopywano je, stawiając na nich krzyż nagrobny. Zakopywano też symbole niewolnictwa i cierpienia, jakimi były kajdany i korona cierniowa.

Skupiając się na upamiętnieniach w regionie ziemi lubaczowskiej, możemy dojść do ciekawych wniosków. Dużo wskazuje na to, że powinności względem pana zostały skasowane, ale czy tego typu powinności względem kościoła także wtedy ustały? Trzeba mieć na względzie to, że Pan a ksiądz to były dwie różne rzeczy. O ile zniesienie pańszczyzny stało się elementem religijnego świętowania, związanego z wyzwoleniem, to powinności względem księdza nie ustały. Często chłopi nadal „pomagali” w pracach na „księżym” i dawali pieniądze albo produkty dla cerkwi czy kościoła. To dlatego, że chłopi się panów nie bali, ale Boga tak. Właśnie dlatego mamy najczęściej religijne formy upamiętnienia zniesienia pańszczyzny.

pa

Najczęstszą formą pamiątek są kamienne krzyże przydrożne, zazwyczaj ustawione na początku wioski, lub w jej centrum na widocznym miejscu. Wydaje się, że miały one stanowić coś w rodzaju dowodu na zniesienie poddaństwa, bowiem chłopi cały czas bali się, że pańszczyzna wróci. Gdyby jakiś pan chciał wprowadzić znów pańszczyznę, chłopi mieli coś w rodzaju dowodu, czy też dokumentu na to, że nie można ich już wykorzystywać. Tym właśnie był pomnik w formie krzyża, z napisem jasno stwierdzającym zniesienie pańszczyzny.

Oprócz kamiennego krzyża, można znaleźć inne formy pamiątek zniesienia niewolnictwa. W Łówczy, albo Oleszycach znajdują się kapliczki, które były pamiątkami po zniesieniu pańszczyzny. Swoisty unikat był kiedyś w cerkwi gorajeckiej, jeden z mieszkańców ufundował obraz na pamiątkę zniesienia pańszczyzny. Dziś zrekonstruowany przez artystę malarza Konstantego Fursowa wisi w pobliskim ośrodku Chutor Gorajec jako eksponat. Ośrodek ten jest też siedzibą Stowarzyszenia Folkowisko, które podjęło się nakręcenia filmu dokumentalnego związanego z pańszczyzną. Pokazuje to, że temat ten jest nadal żywy. Dość niezwykłą publikację wydało też Stowarzyszenie Magurycz. W swej książce pod tytułem „Brusno (nie)istnienie w kamieniu” piórem Szymona Modrzejewskiego opisuje aspekt upamiętnienia zniesienia pańszczyzny w Galicji, skupiając się szczególnie na kamiennych krzyżach. Książka ta zapewne jako jedyna zawiera opis obchodów zniesienia pańszczyzny w Bruśnie: „rok w rok, 16 maja, po liturgii na pamiątkę nadania wolności (w cerkwi), ludzie wraz z parochem modlili się przy krzyżu”. Można uznać to za przykład, który był także w innych cerkwiach praktykowany. Mieliśmy specjalną mszę sprawowaną w tej intencji i po niej była procesja do krzyża, wystawionego na pamiątkę zniesienia pańszczyzny. To pokazuje, że w każdej wiosce powinien taki krzyż być, ewentualnie na przykładzie Brusna, kiedy stary krzyż uległ zniszczeniu, wyznaczono inny, który był do tego celu używany. Stąd dziś mamy miejscowe podania o tym, że dany krzyż był „pańszczyźniany”, mimo to, że miał na przykład datę wystawienia 1846, czyli był wcześniej wystawiony i w innej intencji.

Są też krzyże, które nie mają napisów mówiących o tym, że były wystawione na pamiątkę zniesienia pańszczyzny, ale rok w którym powstały nakazuje przypuszczać, że w niektórych przysiółkach bogatsi gospodarze mogli wystawić taki pamiątkowy krzyż dla wioski. Praktycznie wszystkie krzyże na pamiątkę zniesienia pańszczyzny były stawiane przez gromadę, czyli lokalną społeczność, ale nie można wykluczyć, że w mniejszych przysiółkach miały miejsce prywatne fundacje. Temat dopiero jest nadgryziony, na pewno będzie się rozwijał i ubogacał niemal już zapomnianą historię zniesienia „niewolnictwa” w Polsce.

Po co w wioskach tyle krzyży?

Oprócz tajemnic samych kamiennych krzyży bruśnieńskich, warto zgłębiać inne powiązane aspekty. Najważniejszy z nich, to ogólny powód i coś w rodzaju mody na krzyże przydrożne, czy takie przydomowe ochronne i dziękczynne. Gdy przyjrzymy się datom na krzyżach, zorientujemy się, że pewien boom stawiania krzyży, nastąpił mniej więcej po zniesieniu pańszczyzny w 1848 roku. Do tego czasu, a także w okolicach tej daty, królowały głównie krzyże gromadzkie, czy pamiątkowe, będące pomnikami. Nagle nastąpił wysyp i mniej więcej od roku 1860 lawinowo zaczęły się pojawiać krzyże przydomowe. Należy przypuszczać, że główną przyczyną były nabożeństwa majowe „majówki”.

Ks. Wincenty Buczyński wydał we Lwowie pierwszą książeczkę o nabożeństwach majowych (1839). Po 30 latach nabożeństwo majowe stało się bardzo popularne i znane w całym kraju.

Tak zwane majówki, w kościele katolickim znane były już w XIII wieku. Ale ich popularność w Polsce zaczęła się na dobre koło 1870 roku. Jest to jednocześnie czas masowego stawiania krzyży kamiennych w naszym regionie. Dziś samotne krzyże w lesie, czy przy drodze wydają się jakimiś bliżej nieokreślonymi „sakraliami”, tymczasem jeszcze kilkadziesiąt lat temu były miejscami, które tętniły życiem szczególnie w maju. Przy nich zbierały się duże grupy ludzi i śpiewano litanie. Jeżeli wyobrazimy sobie taką dużą wioskę, która miała na przykład tysiąc mieszkańców, to naturalnym się wydaje, że każdy przysiółek, czy też część wioski musiała mieć swoje miejsce, gdzie mniejsze grupy się zbierały i śpiewały.

Wiadomym jest, że dla gospodarza, który ufundował krzyż i zbierali się przy nim majówkowicze, był to duży zaszczyt. Zazwyczaj ci bogatsi gospodarze mogli sobie pozwolić na taką fundację. Tym bardziej było to cenne dla gospodarza, że modlitwy przy krzyżu były jednocześnie modłami w intencji, jaką miał gospodarz stawiając „figurę majówkową”.

We wspomnieniach starszych ludzi, kamienne krzyże przydomowe czy przydrożne, zawsze są powiązane z majówkami. Często wspominają, że tam zawsze były majówki, ale teraz nie ma… ludzie wolą iść do kościoła, albo w ogóle nie chodzić na nabożeństwa. Zarówno kapliczki, jak i krzyże, wywołują u starszych ludzi ciekawy stan nostalgiczny. My dziś zachwycamy się krajobrazem, kamiennymi działami sztuki ludowej, tymczasem nie bierzemy pod uwagę tego, że kamienne figury miały swój konkretny cel, głównie religijny. Ta nostalgia wiązała się z niezwykłymi wspomnieniami odgłosów we wsi w maju. Pod wieczór, gdy wyrabiano się już ze swoimi pracami, mieszkańcy szli do najbliższego krzyża, najczęściej do rodziny, albo przyjaciół i tam siadali na ławeczkach. Zawsze w tym gronie była przewodnicząca, która miała najmocniejszy głos i znała litanię, często na pamięć. Inni śpiewali z nią. Nie zbaczając na to, czy za głośno, czy przystoi czy nie, śpiewano na cały głos litanie. Te śpiewy były tak donośne, że było je słychać z daleka. Dosłownie cała wieś śpiewała. Musiały być to niezwykłe odgłosy, rozbijające się o wieczorną ciszę, skoro starsi ludzie do dziś mówią o tym, jak o koncertach najwyższej klasy śpiewaków.

Dla mnie, te przydomowe krzyże śpiewają, wokół nich roznosi się aura dźwięku. Pachną one też świeżymi kwiatami, którymi majono w maju krzyże. Nie jest to zimna kamienna figura, tylko ciepły obraz przeszłości, która już nie wróci…

majoey

Troparion Pokłonu Krzyżowi – Troparionem Pogody Ducha

Troparion na trzecią niedzielę Wielkiego Postu, jest wielokrotnie mniej spotykany w formie inskrypcji na krzyżach bruśnieńskich, niż Troparion „Podwyższenia Czcigodnego i Życiodajnego Krzyża”. Oto jego brzmienie, po przetłumaczeniu:

Krzyżowi Twojemu kłaniamy się Władco, i święte Twoje zmartwychwstanie wysławiamy

W trzecią niedzielę Wielkiego Postu, w cerkwiach greckokatolickich na środku leży krzyż. W niedzielę adoracji świętego, czcigodnego i życiodajnego Krzyża Pańskiego (Chrestopoklinna), wierni przychodzą do świątyni pokłonić się i ucałować drzewo, które stało się tronem najwyższego i miejscem jego wyniesienia. Zarówno pierwszy wspominany Troparion odnosi się do krzyża i jego ochronnych mocy, tak samo drugi. Z tym, że ten wskazuje nam dosłownie pewne zachowanie i zapomnianą już współcześnie ideę.

Troparion ten, mówi o idei zatrzymywania się przy przydrożnych krzyżach, kłanianiu się i czynieniu znaku krzyża. Jeszcze niektórzy praktykują ten zwyczaj, kłaniając się krzyżom, kapliczkom, czy świątyniom. Z tym, że wielu czyni to mechanicznie, bez spełnienia drugiej części tej modlitwy, czyli wysławiania zmartwychwstania. To cała ideologia religijna, która powinna przy takim krzyżu natchnąć przechodnia, ujmując to w dużym uproszczeniu, pogodą ducha. Można sobie pomyśleć wtedy, że ma się przecież ochronę Boga. Te kamienne krzyże mają o tym właśnie przypominać. Często fundatorami byli ludzie, którzy doświadczyli niezwykłej łaski, albo nawet cudu. Te materialne znaki wysłuchanych modlitw, powinny być dla innych ludzi niezwykle cennym duchowym dowodem wiary.

Troparion Podwyższenia Krzyża – śpiewające krzyże ochronne

Na większości ukraińskich kamiennych krzyży bruśnieńskich, znaleźć można taką oto formułkę:

Zbaw Panie lud Twój, i błogosław dziedzictwo Twoje

Pisana jest ona często z użyciem znaków z alfabetu staro-cerkiewno-słowiańskiego, a także w formie skrótowej, co powoduje, że niektórzy nie potrafią tego odczytać. Przypuszczam też, że pierwszy wyraz: Спаси kojarzył się większości z rosyjskim „dziękuję”, stąd powstało wręcz sztywne określenie na niemal wszystkie krzyże jako dziękczynne.  Tymczasem mamy tutaj przyjemność z niezwykłym ochronnym… śpiewającym krzyżem! Спаси Господи, to początek Troparionu, związanego z jednym z najważniejszych dwunastu świąt w kościele obrządku bizantyjskiego: „Podwyższenia Czcigodnego i Życiodajnego Krzyża”. Troparion (Tropar) to poetycki śpiew liturgiczny, mający rytmiczną i prostą budowę, który przybliża historię danego święta.

zawalyle3

Podwyższenie Czcigodnego i Życiodajnego Krzyża, odwołuje się do bardzo ważnego wydarzenia w religii chrześcijańskiej, jakim było odnalezienie drzewa krzyża Chrystusowego w 320 roku przez św. Helenę. Z tej okazji obchodzone jest święto i podczas niego śpiewa się między innymi ten Troparion:

Zbaw Panie lud Twój, i błogosław dziedzictwo Twoje, obdarzając zwycięstwami prawowiernych nad przeciwnikami, i Krzyżem Twoim ochraniając społeczność Twoją

Widząc na jakimś kamiennym krzyżu ten Troparion, powinniśmy mieć w głowie taki oto śpiew:

Krzyż taki wręcz śpiewa, chcąc nam przekazać pewną informację. Mianowicie niekoniecznie jest to znak dziękczynny, co ochronny. To jest typowa formuła ochronna i głównie po to stawiano kamienne krzyże, by chroniły wioskę, domostwo, czy też fundatora. Ta inskrypcja na niemal każdym kamiennym krzyżu ukraińskim pokazuje, że zgłębienie znaczenia danej formułki, przynosi dopiero głębsze zrozumienie tradycji stawiania krzyży w danym okresie.

Po co komu te krzyże i kapliczki?

Dzisiaj wielu ludzi zadaje sobie pytanie, jadąc przez wioski, po co tam tyle krzyży stoi? Do czego to komu potrzebne? Czytając jeden z blogów pewnego „turyściny”, znalazłem też wypowiedź, która pokazuje mentalność pewnej części społeczeństwa, nie do końca zdolnej do tolerancji, ale przede wszystkim, zrozumienia idei obrzędów. Mianowicie ów turysta ubolewał, że na Roztoczu jest tyle krzyży kamiennych i niszczą krajobraz. Już minęły czasy, kiedy religią przesycony był każdy aspekt rzeczywistości. Już praktycznie nikt nie żegna się wychodząc z domu ani do niego wchodząc. Mało kto już żegna się przy każdym krzyżu, kapliczce i świątyni. W Bruśnie Nowym, idąc od kościoła do Polanki Horynieckiej, trzeba by się było przeżegnać co najmniej dziesięć razy. Coraz mniej osób dziś pozdrawia się formułą: „Szczęść Boże”. Wreszcie zanikają też obciążające i czasochłonne obrzędy poza kościelne. Takimi obrzędami były kiedyś drogi krzyżowe i dni krzyżowe.

Obecnie mamy już przewagę dróg krzyżowych w kościołach. Tylko w miejscach z tradycją jest inaczej. Dni krzyżowe często już zanikają całkowicie. Tymczasem to właśnie ten element sprawia, że nasza rzeczywistość traci barwy i staje się szara.

Dni Krzyżowe (TUTAJ artykuł wyjaśniający te obrzędy) są do dziś najchętniej obchodzone przez rolników. Trzy dni przed Wniebowstąpieniem Pańskim, odprawiano procesje. Chodzono trasą po przydrożnych krzyżach, przy których się zatrzymywano. Na te dni przystraja się krzyże kwiatami, wstążeczkami, a także otwiera kapliczki, które też są przystrajane. Dlatego też osoby zajmujące się krzyżami, powinni wziąć poprawkę na to, co z nimi robią. Bowiem zatracili często już ich sakralny charakter, poprzez notoryczne bezpodstawne ich strojenie i ciapanie farbą, tylko po to, bo ktoś się nabija, że ktoś nie dba o krzyż. Zarówno kapliczki, jak i krzyże, powinny być szczególnie ozdabiane na święta. Poza nimi, nie powinno być ozdób, bowiem niszczy to ideę odświętną. Można zadać sobie pytanie, czy co tydzień stroimy choinkę?

Na pytanie, po co komu te krzyże i kapliczki, odpowiedzieć można, że teraz to już tylko obraz zamierzchłej przeszłości i zwyczajów społecznych, nikomu nie potrzebny, stąd wiele z nich jest zaniedbanych, albo ochlapywanych farbą i wiązanych sznurkiem od snopowiązałki sztucznymi kwiatkami, które zasłaniają walory artystyczne takich świątków.

Źródło stawiania krzyży i kapliczek, wiązało się z zamierzchłymi częstymi procesjami religijnymi, które miały bardzo duże znaczenie dla rolników. To były zabiegi magiczne, mające na celu przebłaganie Boga, by nie zsyłał kataklizmów i plag. Dlatego właśnie, gdy jakiś krzyż uległ zniszczeniu, to ponawiano wystawienie w tym samym miejscu. Bogatsi gospodarze fundowali takie krzyże, przy okazji dając własne intencje, za które przy religijnych obrzędach modlili się wierni, w zamian za ową fundację. Mechanizm jest identyczny jak w przypadku fundacji kościołów przez bogatych szlachciców. Jednym z punktów fundacji, swoistej umowy z kościołem, było odprawianie przez ileś lat, na przykład co tydzień, mszy w intencji fundatora. Dlatego tak chętnie wielu chłopów stawiało krzyże, bowiem dawało im to niezwykle cenne dla nich łaski, jakie mogli wymodlić ludzie, czy też zapobiec czemuś. Magiczne zapobieganie złemu losowi było czymś w rodzaju polisy u Boga. Krzyże czy kapliczki dziękczynne, wystawione za wysłuchanie modlitw, czy też uzdrowienia, to nic innego jak zabezpieczenie przed nawrotem czegoś złego.

Klasyfikacja kamieniarki bruśnieńskiej

Po przebadaniu setek bruśnieńskich krzyży przydrożnych, oraz opisaniu ich części, nasuwają się pierwsze niezwykłe odkrycia, związane z ich klasyfikacją. Od teraz można rozpoznać każdy krzyż i go zaklasyfikować, przy pomocy określonych standardów oceny. Znika już ogólne pojęcie „bliżej nieokreślony kamienny krzyż przydrożny” a pojawia się cała gama krzyży, które stanowią niezwykle złożoną i bogata historię regionu, a nawet danej wioski, gdzie występują.
Kamienne krzyże bruśnieńskie, możemy podzielić ze względu na różne aspekty, w zależności od tego, pod jakim kątem będziemy określać krzyż. I tak pierwszym podziałem jest wiek, gdzie mamy trzy przedziały czasowe, które można nazwać erami rozwoju kamieniarstwa.

1) Era Starożytna – tutaj należą pierwsze krzyże, jakie powstały w Bruśnie. Charakteryzują się tym, że nie mają podstaw i są wbijane bezpośrednio trzonem w ziemię. Trzeba tutaj też dać tak zwane Turki, czyli krzyże z czasów najazdów Tatarskich, szczególnie związane z rokiem 1672 i Wyprawą na Czambuły Tatarskie przez Sobieskiego. Krzyże te charakteryzują się tym, że są stosunkowo niskie, jeżeli mają podstawy, to są one stworzone z nieforemnych kamieni, w których wykuta jest dziura na krzyż. Często mają formę krzyża maltańskiego a napisy są wykute niestarannie.
2) Era Ludowa – są to krzyże, które już są symetryczne i mają zaznaczoną podstawę zrobioną z kilku równo ociosanych bloków, czasem tworząc coś w rodzaju piramid. Należą też tutaj krzyże z podstawami murowanymi z kamienia, najczęściej w przypadku krzyży gromadzkich, czyli stawianych przez wieś, jako pomnik. Tutaj pojawiają się pierwsze płaskorzeźby i ozdoby. Najczęściej te ozdoby i płaskorzeźby mają formę ludową, czyli brak im idealizmu w przedstawieniu sylwetek postaci. Często mają wielkie głowy w porównaniu do reszty ciała, czy też nieprecyzyjne rysy. Trudno określić jednoznacznie okres nastania tej ery. Na pewno było to płynne przejście.
3) Era Nowożytna – tutaj mamy już dość wyraźny okres nastania nowego trendu w bruśnieńskim kamieniarstwie. Gdy skończyła się I Wojna, z wojaży zagranicznych wrócił najbardziej znany i najlepszy kamieniarz, jaki kiedykolwiek wyszedł z Brusna, czyli Grzegorz Kuźniewicz. Miał on w Bruśnie swoich uczniów, a także wielu kamieniarzy podglądało jego dzieła. Wtedy też przeniknął do kamieniarki bruśnieńskiej uniwersalizm symboliczny. Zanika forma ludowa, i regionalne zdobnictwo, kamieniarze zaczynają rzeźbić według kanonów nowoczesnej sztuki. Rozwój ten zastopowany został przez Akcję Wisła w 1947 roku i wywózkę praktycznie wszystkich kamieniarzy.

Następny podział, wiąże się już głównie z krzyżami przydrożnymi, które nas najbardziej interesują. Bowiem oprócz krzyży i figur robionych na nagrobki cmentarne, te same formy były wykorzystywane do innych celów. Były to głównie pomniki i pamiątki. Mamy tutaj dwa rodzaje obiektów, podzielonych ze względu na własność.

1) Fundacja gromadzka – krzyże gromadzkie, które były fundowane przez wieś, parafię, albo grupę mieszkańców, są dziś najbardziej niedocenianym elementem historii regionu, ale przede wszystkim każdej miejscowości, z takimi obiektami. Najbardziej znane fundacje gromadzkie, to krzyże pańszczyźniane, stawiane jako pomnik, pamiątka, na uwolnienie chłopów z niewolnictwa. Ciekawymi fundacjami są też krzyże związane z pokonaniem zarazy, jako pamiątka ustąpienia we wsi epidemii. Były też inne przyczyny stawiania krzyży, które tworzą następny podział w takich fundacjach. Najważniejsze jednak było to, że pomniki takie stawały głównie na terenie użyteczności publicznej.
2) Fundacja Prywatna – szczególnie gdy zniesiono pańszczyznę, zaczęły się pojawiać prywatne fundacje na prywatnym terenie. Najczęściej stawiano krzyże nieopodal domu, albo na swoim polu. Wtedy dana osoba, która postawiła krzyż, robia to w swojej indywidualnej intencji, na przykład za szczęśliwy powrót z wojny, czy też cudowne wyzdrowienie. Wiele takich krzyży znaleźć można gdzieś w lasach, czy też na polach, co pokazuje, że kiedyś była tutaj wioska i gospodarstwa, albo teren prywatny. Należy uznać, że krzyże te są bezpańskie i powinny być uznane za obiekt historyczny, użyteczności publicznej. Nie można sobie rościć prawa do krzyża, którego się samemu nie wystawiło, lub nie zrobiła tego rodzina. Obecnie tylko ci mogą uważać za swój prywatny taki krzyż, który został postawiony przez rodzinę i znajduje się na terenie, który jest własnością danej osoby. Można tutaj zadać pytanie, dlaczego tak wyraźnie zaznaczam formę własności krzyża. To dlatego, że dawno temu istniała tradycja zakopywania trupów pod takimi krzyżami i mogą one być też anonimowymi mogiłami. Obecnie nie mamy wiadomości, ile z tych krzyży mogą być mogiłami. Należy uważać, że wiele krzyży zostało postawionych na miejscu drewnianych, gdzie były mogiły, a także zniszczonych kamiennych. Trupy były zakopywane głęboko, stąd niełatwo przypadkiem trafić na kości.

Trzeci podział klasyfikacyjny jest już naturalny i ma związek z konkretnym kamieniarzem, który wykonywał takie krzyże czy figury. Z tego powodu, że kamieniarze nie podpisywali za bardzo swoich dzieł, trudno je rozróżnić. Zwłaszcza że panowało naśladownictwo. Jednak wiele takich obiektów da się przypisać konkretnym kamieniarzom, albo rodzinom. Często można spotkać podpisy Lubyckich, na przykład w Horyńcu i Bruśnie Nowym.
Można też dodać klasyfikację językową. Są krzyże z inskrypcjami po Polsku, Ukraińsku i Niemiecku.

Dzięki podziałowi i klasyfikacji otwiera się przed nami nowy rozdział w historii kamieniarki bruśnieńskiej. Te ogólne podziały można rozbijać na kolejne podklasy, tworząc jeszcze bardziej rozbudowany system intencji upamiętnień. Dzięki nim, można wręcz napisać nową historię. Te pomniki przeszłości, szczególnie gromadzkie, są świadkami najważniejszych wydarzeń we wsi czy też większym regionie. Rozwój tej klasyfikacji doprowadzi też do powstania niezwykłej i ciekawej atrakcji turystycznej, w centrum jakim jest Brusno. W przypadku mogił, może pojawić się całkowicie inne traktowanie takiego krzyża. Badania są w trakcie. Po zebraniu większej ilości informacji i zbadaniu konkretnych obiektów, będzie można stworzyć bardziej szczegółową klasyfikację.

Mityczny niedokończony posąg autorstwa Grzegorza Kuźniewicza, który widzieli tylko nieliczni

Grzegorz Kuźniewicz był najwybitniejszym artystą kamieniarzem, pochodzącym z Brusna Starego. Był tak kolorową osobistością, że śmiało można nakręcić o nim film. Ponieważ poznawanie wszędzie dostępnych faktów nie jest ciekawe, odsyłam do biografii Kuźniewicza w przewodniku Marka Wiśniewskiego: Roztocze Wschodnie. Zawarta jest tam dość niezwykła ciekawostka, którą warto skomentować. Otóż uważają niektórzy, że Kuźniewicz brał udział w rzeźbieniu jednej z głów prezydentów Amerykańskich na górze Mount Rushmore. Był on wtedy akurat w Bruśnie, kiedy te rzeźby były robione. Ale ta swoista legenda, stworzona przez pobratymców, niekoniecznie ma wskazywać na jakieś oszustwo, tyle co na niezwykłą sławę i szacunek, jakim go darzono.

rw

fot. kamieni z Siedlisk: RoztoczeWschodnie.pl

Gdy Kuźniewicz wrócił na dobre do Brusna Starego, po pierwszej wojnie Światowej, przywiózł ze sobą nie tylko nowy styl w kamieniarstwie, ale też nowinki ze świata. Jako jedyny w okolicy miał radio na słuchawki. Jego obycie w świecie, musiało promieniować na całe Bruśnieńskie społeczeństwo, tworząc z niego lokalną „grubą rybę”. Szczególną postacią był w środowisku kamieniarzy. Wielu go naśladowało, a jego pomocnicy próbowali podglądać jego warsztat pracy. Tak było na przykład przy pomniku w Horyńcu, gdzie Kuźniewicz miał wykonać niezwykle efektowny element rzeźby, czyli sznurowadła na bucie żołnierza. Doskonale wiedział, że będą go podglądać i kopiować warsztat, a na to sobie pozwolić nie mógł, dlatego wykuł sznurowadła wtedy, jak nikogo nie było w pobliżu. Ten pomnik miał być szczególną wizytówką twórczości Kuźniewicza, dlatego miał wyeksponowany podpis i niezwykłą formę. Żołnierz oparty o karabin, z tak niezwykle wyraźną ekspresją emocjonalną, zastygłą w kamieniu, robił niezwykłe wrażenie. Kuźniewicz widocznie czuł się w swoich rodzinnych stronach niezwykle dobrze, bowiem szykował coś, co dziś było by zapewne ewenementem na dużą skalę. Z relacji Pana Mieczysława Zaborniaka (był kamieniarzem), który po wysiedleniach Ukraińców, jak większość miejscowych, chodził po opustoszałych wioskach Ukraińskich, na Chmielach, gdzie mieszkał Kuźniewicz, znalazł niezwykłą niedokończoną rzeźbę. Była to postać, która miała tylko nogi, góry nie zdążył już wykonać, nie była by niezwykła, gdyby nie kamień w którym kuł. Było to skamieniałe drewno z Siedlisk. Potężna postać, wysokości człowieka, leżąca na byłej posesji Kuźniewicza, z biegiem czasu gdzieś zginęła. Albo ktoś ją ukradł i wiedział co bierze, albo jakiś miejscowy zabrał i wrzucił to w fundament. Możemy się tylko domyślać, jak wyglądało by dziś Brusno Stare i jak niezwykłe zagłębie sztuki kamieniarskiej byśmy mieli, gdyby nie Akcja Wisła.

Na temat: cholera w Jędrzejówce 1915 rok

Małe wzniesienie w lesie między Jędrzejówką a Narolem i Lipskiem był odwiedzany tylko przez garstkę mieszkańców, którzy pamiętają ten straszny czas sprzed niemal stu lat, gdy latem 1915 roku Narolszczyzna stała się miejscem epidemii cholery. Podczas I wojny światowej w 1915 roku, a dokładnie 9 lipca odnotowano pierwszy zgon na chorobę, na którą do 23 września 1915 roku zmarło około stu trzydziestu mieszkańców gminy Narol. Najwięcej zmarłych było wśród dzieci do dziesiątego roku życia. Były takie przypadki, że w jednym domu choroba uśmiercała nawet pięć osób. Najwięcej zgonów odnotowano w lipcu. Wysokie temperatury i obfite opady deszczu sprzyjały rozwojowi tej morderczej choroby, która najczęściej rozprzestrzenia się przez skażoną wodę.

W 1915 roku wojsko austriackie bardzo obawiało się, aby choroba nie rozprzestrzeniała się podobnie jak w latach czterdziestych XIX wieku. Dlatego zmusili oni czternastoletniego wtedy Adolfa Szupra z Jędrzejówki do zwożenia ciał zmarłych do dołu wykopanego w lesie przy Jędrzejówce. Młody chłopak wyjeżdżał na drewnianym wozie wszędzie tam, gdzie zmarł ktoś na cholerę. Ciała były „hakowane” i wciągane na wóz, potem dowożone do zbiorowej, leśnej mogiły. Tam warstwy ciał obsypywano wapnem i zwożono kolejne. Domy, w których odnotowano chorobę, dezynfekowane były karbolem, czyli roztworem fenolu. Epidemia zakończyła się we wrześniu, a mieszkańcy podobnie jak w innych miejscowościach w Polsce stawiali pamiątkowe figury lub krzyże. O cmentarzu w Jędrzejówce mało kto w gminie pamiętał, jednak sołtys Stanisław Dominik, dla którego niezwykle ważne są wartości patriotyczne i ojcowska spuścizna przodków, już od dłuższego czasu czynił starania by odnowić i nadać odpowiedni wygląd cmentarzowi cholerycznemu w swojej miejscowości.

źródło: narol.pl

Na temat: cholera w Lubaczowie 1915 rok

Historie, opisujące różne ważne wydarzania w regionie, pokazują nam bardziej złożony obraz rzeczywistości zwykłych ludzi. Ponieważ, tutaj interesują nas głównie krzyże, to patrząc na różne historie, zobaczymy efekt końcowy, gdzie społeczność postanowiła upamiętnić takie wydarzenie pomnikiem, w formie krzyża. Tutaj, poznamy element rzeczywistości rozpanoszenia się cholery w 1915 roku.

Zaledwie ustąpili Moskale, przyszła nowa plaga na parafię, nastała straszna cholera. Pierwszy wypadek był zdaje mi się 19/ 6 915 w Opace. Wezwano mię do chorego – jadę i zastaję niejakiego Kucharskiego. Człek stary, leży pod płotem, bo dom spłoną, cały siny. Spowiadam go, komunikuję, namaszczam olejami, nie przypuszczając z jak straszną chorobą mam do czynienia. Pytam dzieci, co jest ojcu? Mówią mi, że ojciec się…?, że wszystko się spaliło i z tego się rozchorowali. Skonał chłop w kilka minut, a na drugi dzień dowiedziałem się od Dra Konery, że to cholera.
Epidemia się wzmogła. Dzień w dzień były ofiary. Po kilka razy na dzień wzywano nas do chorych. Na ulicach nikogo się prawie nie widziało. Wszystko, bowiem było wystraszone i siedziało w domu. Tylko słyszało się dzwonki, dające znać, że idzie Pan życia i śmierci do tych, których ciężką niemocą doświadczył. Były dnie, że 5 razy byliśmy wzywani do chorych. Tak samo ruski administrator ks. Harabacz. Padło w samym mieście do 200 osób, w tem większość Żydów. Żydzi, jako, że są zabobonni, urządzili na koszt Kahału ślub jednego idyoty na okopisku, wiedząc, że po tem epidemia ustanie. Omylili się jednak grubo, bo cholera jeszcze więcej się wzmogła. Aż dopiero urządziliśmy błagalne nabożeństwo, tak samo i Rusini. Odbyliśmy procesję błagalną na nowy cmentarz pod Młodowem. Tam przemówił ks. Proboszcz, wzywając lud do pokuty. I Bóg, jak ręką odjął – epidemia ustała. Przypominam sobie tą procesję, w której tłumy ludzi wzięły udział, a mieszczanki na znak pokuty rozpuściły włosy i niosły kolosalny krzyż dębowy na ramionach, który wkopano na nowym cmentarzu. Co za płacz był, co za lament, ale ulitował się Bóg i zesłał wkrótce radość.
Nie mogę ominąć tu następującego wypadku: Gdzieś jednego razu w nocy wezwano do chorego Sokołowskiego, szwagra Białozorskich. Poszedł ks. Proboszcz. Wyspowiadał go i pyta, czy mu się nie zbiera na wymioty? Powiada nie, a więc daje mu Komunię Św., a ten w tej chwili zaczyna wymiotować i wymiocinami obryzgał twarz Proboszcza, o czem mi rano proboszcz opowiadał. Na co zapytałem, a ks. Proboszcz, co na to? A cóżby, obmyłem się i koniec. Ot, widoczny palec Boży, który strzegł swojego sługę. I nic dziwnego, ze Bóg dobry nas ochraniał, bo któżby był tych biedaków zaopatrywał na drogę wieczności. Panika była straszna, tak, że i ruski administrator, kiedy zachorowała jego gospodyni pani Mysiakowa, uciekł do Płazowa, a myśmy zostali. Ludzi strach ogarnął. Dzieci uciekały od rodziców chorych – siostra opuszczała siostrę.
Pamiętam, raz tak było: Wieczorem było u mnie kilku panów na papierosie. Siedzimy i gawędzimy gdzie o czem. Wtem ktoś puka. Wychodzę. Wzywają do chorej na mały zawał. Wracam i mówię do swoich gości, że za chwilę będę zpowrotem. Biorę Sanctissimum i idę. Przychodzę i zastaję mieszczankę, leżącą w chlewku, bo chałupinę wynajęła Żydowi. Zaopatrzyłem ją i pytam gdzie dzieci? Odpowiada mi ktoś – syn na wojnie, a siostra uciekła. Wracam do domu, a po moich gościach i ślad zaginął. Przyznam, że przykro mi się zrobiło, że uciekli. Na drugi dzień zdybałem któregoś z nich i mówię mu to. A on mi na to, co księdzu wszystko jedno, a ja mam dzieci. Niech i tak będzie, pomyślałem sobie. Ale nie tylko ode mnie uciekali, ale tak samo i siebie opuszczali. Jednego razu zachorował potrzmistrz p. Doening, z którym mieszkał razem w sokole (?) p. sędzia Elektorowicz. Idę ja ulicą Dachnowską, spotykam p. Elektorowicza, który mi opowiada, co zaszło. Mówi, że był u lekarza, ale wyjechał gdzieś na wieś, itp. I stanął na drodze, ale do domu nie wchodzi ze strachu. Więc, co było robić, poszedłem do domu, wziąłem jakichś kropli antecholerycznych, dałem choremu zażyć. Kazałem dać mu wódki, robić nacieranie i wszystko było dobrze. Ale wtedy naocznie przekonałem się, że prawdziwej przyjaźni prawie, że nie ma na świecie.
Na cholerę padło wielu ludzi także i po wsiach, z braku odpowiedniej opieki, która zasadzała się jedynie na tem, że chorych zapędzano do jednej chałupiny, której strzegł Landsturmista. I giń tam chłopie. To też nic dziwnego, że niektórzy oknami wyskakiwali i ci byli uratowani. Kto został, ginął. Równocześnie z cholerą wybuchła czerwonka i ospa, a nawet był jeden wypadek czarnej ospy, na którą umarł jeden robotnik kolejowy, Niemiec z Baszni, którego spowiadałem w szpitalu. Na cholerę, bywały wypadki, wymarły niektóre całe rodziny. Taki wypadek był w Dolnej Baszni, gdzie wymarła cała rodzina z wyjątkiem ojca, który był na wojnie, a całe gospodarstwo zostało chwilowo bez właściciela. Z czasem Bóg przemienił to wszystko, epidemie ustały, a przyszła znowu nowa plaga moralna.

źródło: www.zydzi.lubaczow.pl